|
poniedziałek, 04 października 2010
Curiouser and curiouser!
"Kto małoletniemu udostępnia substancję, której użycie może narazić na niebezpieczeństwo życie lub zdrowie ludzkie, jeśli z okoliczności wynika, że małoletni zamierza jej użyć w sposób mogący wywołać takie niebezpieczeństwo, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech". Powyższy dopisek do Kodeksu Karnego definitywnie rozwiąże problem dopalaczy w Polsce. Nareszcie! Przecież w analogiczny sposób zlikwidowaliśmy już problem aborcji. Oraz sprzedaży alkoholu i papierosów naszej wspaniałej młodzieży. I tak jak nie ma nielegalnych aborcji, dymiących dzieciaków, i małolatów z zaburzeniami grawitacji tak samo zniknie problem dopalaczy. A wczytując się w powyższy przepis zniknie również dostęp nieletnich do kleju. I szamponu. I kredek świecowych. Za to pozostanie swobodny dostęp do chipsów, coca coli, hamburgerów, frytek, batonów i podobnego badziewia. Oczywiście trudno porównywać szkodliwość akrylamidu powstającego w procesie produkcji frytek czy chipsów do śmiertelnych przypadków przedawkowania dopalaczy, ale w długiej perspektywie akrylamid jest bardzo szkodliwy. Podobnie cukier czy cała galeria substancji o enigmatycznych nazwach skracanych do E z trzema cyferkami. W ramach walki z powyższymi rząd podniesie VAT na żywność nieprzetworzoną a obniży na żywność przetworzoną. W skrócie nasze dzielne władze promują żywnościowe dopalacze kosztem zdrowej żywności. W szczegółach – popieramy gotowanie z torebki pełnej „witamin” E zamiast z mięsa, warzyw i przypraw. Ciekawy przykład niekonsekwencji. Stworzenie dodatkowego przepisu coś zmieni? Oficjalnie tak – dopalacze znikną, czyli rząd odhaczy sukces na swojej krótkiej check-liście. Kolejny problem rozwiązany w sposób szybki i błyskotliwy. W świetle innych osiągnięć rządu jak usuwanie krzyża, obniżanie podatków, redukcja kosztów administracji, liberalizacja gospodarki, uproszczenie prawa i takich tam wyborczych haseł to sukces wielki. I równie pewny.
czwartek, 30 września 2010
Rzeczpospolita Doświadczalna.
"Polscy piloci mieliby zasiąść za sterami Tu-154M o numerze bocznym 102 (identycznego z tym, który rozbił się pod Smoleńskiem) i spróbować podejść do lądowania na lotnisku wyposażonym tak samo słabo jak to w Smoleńsku. Tuż przed lądowaniem, piloci mieliby podjąć próbę poderwania maszyny i 'odejścia na drugi krąg'" - cytat z portalu tvn24.pl Ogólnonarodowy quiz pod tytułem "co zrobić z ostatnią tutką" wchodzi w fazę decydującą. Pomysły dalszego wykorzystywania maszyny jako EjrForsŁan oraz jej zezłomowania jako mało oryginalne i bijące po oczach jury swoją bezkresną ignorancją dla ułańskiej fantazji rodaków należy dyskretnie przemilczeć. Ciekawsze projekty, jak chociażby ustawienie samolotu na sztorc w miejscu krzyża albo ciągnięcia maszyny każdego 10-go dnia miesiąca przez umęczonych bólem i tęsknotą warszawiaków po ulicach miasta został przebity przez Edmunda Klicha, szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych przy Ministerstwie Infrastruktury. I trudno będzie powyższą koncepcję przebić. Zwłaszcza w przypadku, kiedy znajdą się najdzielniejsi piloci do poprowadzenia maszyny. Wraz z pasażerami oczywiście, aby w pełni odzwierciedlić rzeczywiste warunki katastrofy. Ponoć trwają jeszcze spory co do lokalizacji "próby poderwania maszyny", gdyż mieszkańcy przylotniskowej Warszawy są zdecydowanie przeciwni przeprowadzaniu jakichkolwiek prób i eksperymentów wykorzystujących pobliskie drzewa pod którymi smażą karkówki na grilu. Komisja jednak cały czas pracuje i poszukuje lotniska ulokowanego w bardziej rozgarniętym myślowo i otwartym na nowości mieście. To jednak niejedyny eksperyment naukowy ostatnich dni. W przyszłym roku rząd wdraża kilka zupełnie nowych, niekonwencjonalnych badań. Co prawda ich przeprowadzenie uwarunkowane jest brakiem kasy, ale że kasy brakuje zawsze, możemy już szykować się na status królika doświadczalnego. Otóż rząd. Otóż rząd przeprowadzi badania polegające na stwierdzeniu, czy likwidacja 50% kosztów uzyskania przychodów dla artystów i naukowców obniży poziom kulturalny i naukowy społeczeństwa. Otóż rząd sprawdzi, czy zniesienie zwrotu VAT dla osób budujących dom wpłynie na mniejsze pogłowie domów. Otóż rząd przetestuje, czy kasacja ulgi na Internet zmniejszy liczbę internautów. Otóż rząd udowodni, czy likwidacja ulgi na dzieci przyczyni się do zmniejszenia pogłowia dzieci nowonarodzonych w Polsce. Jako Królik doświadczalny myślę, że rząd udowodni swoje racje: będą nowe domy, dzieci, wynalazki, Internet itd. Więc po co do tego dopłacać? Słuszną linię przybrała nasz partia. Kolejny eksperyment ma coś wspólnego z paliwem, a następny będzie dotyczył uznania chleba za dobro luksusowe co ma być połączone z odwrotną waloryzacją emerytur i rent. To również ciekawa koncepcja i może udać się wprowadzić spore oszczędności. Nie pojawiły się jednak najbardziej kontrowersyjne eksperymenty, czyli zabranie dotacji partiom politycznym, ograniczenie administracji, zmniejszenie ilości radnych i takie tam. Rząd jest mądry i można na niego liczyć w trudnych chwilach. Jako królik doświadczalny nie będę spierał się z naukowcem badania przeprowadzającym. Mogę dalej naciskać dźwignię, mogę zwiać z klatki. Póki otwarta. W myśl odpowiedzi udzielonej dawno temu Jasiowi Himilsbachowi przez Gustawa Holoubka w warszawskim SPATiFie. Kto jej nie zna, niech szybko szuka. Póki jest Internet i klatka otwarta ;)
"Polscy piloci mieliby zasiąść za sterami Tu-154M o numerze bocznym 102 (identycznego z tym, który rozbił się pod Smoleńskiem) i spróbować podejść do lądowania na lotnisku wyposażonym tak samo słabo jak to w Smoleńsku. Tuż przed lądowaniem, piloci mieliby podjąć próbę poderwania maszyny i 'odejścia na drugi krąg'" - cytat z portalu tvn24.pl
poniedziałek, 27 września 2010
Polska pocięta jakby mocniej.
Polska jest niezłym przykładem dla dowodzenia tezy o istnieniu schizofrenii narodowej. Uogólniając kochamy mniejszości wprost proporcjonalnie do odległości która nas od nich dzieli. Możemy pić gruzińskie wina, skandować za wyjściem wojsk rosyjskich z Czeczeni, uwalniać Tybet, manifestować dla wolnej Palestyny itd. Chyba że Gruzini, Czeczeni, Palestyńczycy, Tybetańczycy czy dowolna inna, prześladowana mniejszość stanie u naszych drzwi i poprosi o pomoc. Nasza miłość gwałtownie maleje, co akurat jest normalnym odruchem i dotyczy większości ludoności świata. Może z wyjątkiem Dalajlamy. Polska schizofrenia narodowa ma jeszcze inny wymiar. Otóż stworzyliśmy urząd Pełnomocnika Rządu do spraw Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn jednocześnie nauczając w państwowej szkole religii katolickiej, która z tego co obiło mi się o uszy daleka jest pojęcia równego statusu. Dziwne? Dziwne! Ale nie dla psychiatrów. To normalne, że obywatele są tolerancyjni, chociaż szkoła uczy katolickich wartości. To normalne, że kochamy bliźniego bez względu na orientację seksualną, wyznawaną religię, światopogląd i jednocześnie zgadzamy się na indoktrynację od najmłodszych lat katolicką wizją prawdziwej, ksenofobicznej rodziny. Naprawdę dziwne? Gdzież tam! Dotarliśmy do miejsca w którym nie ma już dyskusji. Bierzemy patelnie, garnki, nieśmiertelny okrzyk ”xxx musi odejść!”, wuwuzele w dłoń i jazda na manifę się domagać. Jak nie krzyża, to pomnika. Jak nie głowy Balcerowicza, to Radziszewskiej. Jak nie legalizacji miekkich narkotyków, to dopłaty przez każdego obywatela do misyjnego programu w którym gwiazdy coś robią. A wygra ten, kto akurat dorwie się do władzy. Jestem wrogiem mnożenia bytów ponad konieczność. Jestem wrogiem tworzenia urzędów do spraw statusów, pamięci narodowej, rzeczników podatnika, pacjenta, ofiary, dzieci. To są urzędy dowodzące nieudolności państwa do realizowania działań, którymi właśnie państwo powinno się zajmować na tyle skutecznie, aby żadne dodatkowe urzędy potrzebne nie były. Zamiast pozytywistycznej pracy u podstaw społeczeństwa, kolejne rządy tworzą coraz dziwniejsze, coraz droższe, coraz mniej efektywne instytucje, obsadzając je coraz bardziej kotrowersyjnymi ludźmi. I nie ma znaczenia kto akurat rządzi. Nie rozwiążemy problemu stosunku przeciętnego Kowalskiego do homoseksualistów czy innowierców powołując urzędy i tworząc sztuczne ustawy. Jedyne co osiągniemy to podsycanie konfliktów, upolitycznienie problemu, spolaryzowanie stanowisk. To oczywiście upraszcza zarządzanie społeczeństwem skutecznie odwracając uwagę obywateli od takich detali jak rosnące podatki i coraz bardziej ryzykowna polityka budżetowa. Ale prowadzi do narastania napięć, których rozładowanie w skrajnym przykładzie znamy z Jugosławii lat dziewięćdziesiątych. Przesada? Zapewne tak, ale zauważcie, że linii podziałów przybywa. A powinno być ich coraz mniej.
niedziela, 26 września 2010
Jarosław na prochach?
”(...) Musiałem brać bardzo silne leki uspokajające, co też miało swoje skutki” – czyli nowa strategia Jarosława Kaczyńskiego przejmowania kontroli nad światem. Oświadczenie dziwne, odważne w stopniu ocierającym się o polityczne samobójstwo. Zgaduję, że harakiri nie jest celem Prezesa, Słońca Żoliborza. Zgaduję, że celem jest swego rodzaju noc długich noży, czyli pozbycia się z partii wiadomego elementu przy okazji obarczając ów element odpowiedzialnością za wszelkie zło panujące w PiS. Ze zniknięciem kilku osób w partii zapanuje miłość, braterstwo, zaufanie, jednomyślność i bezgraniczne uwielbienie dla ojca i prawa i sprawiedliwości. Radosne dni nastaną niedługo, światłem wypełniając naszą pokręconą, obywatelską egzystencję. Jarosław Kaczyński nie jest pierwszym frontmenen partii działającym pod wpływem środków chemicznych oddziałujących na postrzeganie rzeczywistości. Dołącza do drużyny polityków widzących świat inaczej: John F. Kennedy, Anthony Eden, Ronald Reagan, Winston Churchill, Borys Jelcyn. W czasie pełnienia najważniejszych funkcji państwowych byli uzależnieni od środków chemicznych wpływającym w mniejszym czy większym stopniu na postrzeganie świata i ocenę swoich działań. Jednocześnie oni sami i ich otoczenie z pełną determinacją utrzymywali te fakty w tajemnicy. Tymaczasem Jarosław Kaczyński stwierdza wprost, że prowadził kampanię wyborczą pod wpływem leków uspokajających. Rozumiem cel – ponownie uderzyć w istotne dla polskiego elektoratu struny współczucia i empatii. Przy braku jakiegokolwiek programu gospodarczego (zgoda – nikt w RP takiego nie ma) to strategia zrozumiała. Ale. Czy w chwili obecnej Jarosław Kaczyński nie jest na psychotropach? Pytanie palikocie, ale uzasadnione wypowiedzią prezesa Kaczyńskiego. Pytanie dodatkowo uzasadnione drastyczną zmianą postępowania Jarosława Kaczyńskiego w czasie kampani. Co więcej – czy każda zmiana postępowania Jarosława Kaczyńskiego jest przemyślana czy też wynika ze zmiany środków uspokajających? Jakie leki przyjmował prezes PiS, czy przyjmuje je nadal, czy przyjmuje jakieś inne? I, co równie istotne, czy ktoś z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego świadomie sterował działaniami prezesa partii? Zakładając, że koncepcja leków uspokajających nie jest kolejnym pomysłem PR, co jest równie możliwe.
piątek, 10 września 2010
Informacje z Krzyża.
W dniu dzisiejszym Krzyż donosi o szturmie swoich fanów celem udekorowania Jego, Krzyża, kwiatami. Fani mieli problemy z przebiciem się przez wraże kordony wiadomych sił, ale w większości swego składu dali radę. Krzyż dowiedział się również, iż sąsiad Krzyża, Prezydent, widzi Jego, Krzyż znaczy, w jakimś Smoleńsku. Na polu, pod nisko przelatującymi samolotami, w chłodzie i błocie i deszczu. Czy ktokolwiek dobrowolnie przeprowadziłby się z pięknego Krakowskiego Przedmieścia na podsmoleńskie lotnisko? Nie dziwię się Krzyżowi, ja też wolę zostać w Warszawie! Krzyż poinformował również, że Jego, znaczy Krzyża, pragnie do Smoleńska odprowadzić sama Pierwsza Dama, Anna. Anna jest wzruszona i niezmiernie ujęta. Aż dwudziestu dziewięciu bliskich ofiar katastrofy nie może się doczekać Pierwszej Damy na smoleńskiej pielgrzymce. Ciekawe jak to widzą pozostali bliscy ;) W każdym razie Krzyż pozostaje niewzruszony na zakusy pozbawienia Go miejscówki i trwa. Krzyż w gorzkich słowach skrytykował również wypowiedzi kardynała Dziwisza tyczące się polityki miłości. Otóż Krzyż widzi poniższe cytaty z kardynała jako wzajemnie sprzeczne (za gazeta.pl): "Jedynie cywilizacja miłości jest w stanie zjednoczyć nasz kontynent i przyczynić się do jego odnowy". nie można zrozumieć pojawiających się tendencji do "usuwania i ograniczania wpływu chrześcijaństwa na życie publiczne, tendencji powołujących się na ranienie uczuć wielu niechrześcijan mieszkających w Europie". Krzyżowi przypomina to cytat z filmu "King Size", który przytoczył z pamięci, więc niedokładnie: "Będziemy tak długo kochać Polokoktowców, aż oni nas pokochają". I jeszcze jedna wypowiedź z kardynała Dziwisza, którą Krzyż uznaje za skandaliczną, a nawet rasistowską: "Europa to wspólne dobro, na które składają się osoby i społeczności o różnych wyznaniach, religiach i światopoglądach. Niewątpliwie do budowy tego dobra przyczyniają się chrześcijanie". Niewątpliwie tworząc zestawienie zasług Chrześcijan w rozwoju dobra w Europie trochę się tego nazbiera. Chyba że nałożymy na to działania Kościoła Katolickiego, który nawet z Chrześcijanami tworzącymi dobro wspólne twardo i najczęściej skutecznie walczył ogniem i mieczem. Krzyż skonfrontował politykę miłości z doniesieniami internetowymi. W miłosnym uniesieniu Joanne Kitchen wrzasnęła "Chris, mocniej!", za co jej kochanek najpierw Joanne zadźgał, a potem udusił. Może dlatego, że miał na imię Gary :p Zapewne stąd taka popularność "kwiatuszków", "skarbów" i innych "kotków". Na marginesie: Joanne i Gary poznali się na Facebooku. Widok tej informacji tuż nad reklamą portalu randkowego bezcenny :))
czwartek, 09 września 2010
Jarosław po Kafce i Orwellu.
Jarosław Kaczyński jest osobą posługującą się w swojej grze o władzę chłodną, a nawet zimną, kalkulacją. Potrafi zmieniać garnitury, poglądy, sposób bycia. Potrafi wykorzystywać słabości przeciwników i nadążające się okazje, stawiać konkurentów w trudnej sytuacji i bezlitośnie odwracać przysłowiowego kota ogonem. Wykorzystywać koneksje i tworzyć chwilowe, nastawione na cel, koalicje. Potrafi i pogłaskać i brutalnie skopać. Jednym słowem - Jarosław Kaczyński jest politykiem doskonałym. Jednak, co może Was, Szanowni Czytelnicy zdziwi, Jarosława Kaczyńskiego łatwo rozgryźć. Łatwo przewidzieć jego sposób postępowania na najbliższe dni, a nawet tygodnie. Otóż, Jarosław jako człowiek inteligentny i wykształcony a jednocześnie członek PiS a więc nie "wykształciuch", czyta. Czyta zapewne znacznie więcej niż ja. Z prostej przyczyny. Jarosławowi żona nie.... Jarosławowi żona nie zapewnia wyrafinowanej konwersacji o bardzo ważnych sprawach dotyczących geografii czy fizyki :p. Jarosławowi dziecko nie kwili nad uchem domagając się jedzenia, przewinięcie lub wyrafinowanej konwersacji o geografii... Jarosław czyta. W czasie kampanii Jarosław Kaczyński ponoć zaczytywał się w powieści Roberta Louisa Stevensona "Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde". To akurat każdy wyborca obdarzony maturą i umiejętnością odróżniania grochu od kapusty wiedział. W międzyczasie niedoszły wódź nasz, światło naszych oczu, musiał zerknąć do "Folwarku Zwierzęcego" Georga Orwella. To wiele wyjaśnia w kwestii wzniecania nastrojów rewolucyjnych w społeczeństwie celem wydarcia się elektoratu spod jarzma ludzi. Pod władzę... Jarosława ;) Z najnowszych informacji wynika, że Jarosław z zapałem zaczytuje się Franzem Kafką, o czym możemy wnioskować na podstawie informacji o zawieszeniu posłanki Jakubiak w prawach członka: "Na podstawie artykułu 7 statutu Prawa i Sprawiedliwości zawieszam Panią w prawach członka Prawa i Sprawiedliwości". Czyli "zawieszeniu członka z chwilą wydania przez Prezesa PiS postanowienia o zawieszeniu, w związku z uzasadnionym przypuszczeniem, iż naraził on dobre imię lub działał na szkodę PiS (...)". Przy okazji ostatniego zlotu "Solidarności" musiał mieć na podorędziu inne dzieło wspomnianego już Orwella, "Rok 1984". Istota myśli Jarosława utknęła w potężnym gmachu Ministerstwa Prawdy z którego zrezygnować nie sposób, bo jak inaczej społeczeństwo pozna prawdę, iż to Lech Kaczyński skakał przez płot a nie jakiś inny Lech... Jak mu tam? To Lech Kaczyński był przecież "symbolicznym patronem ruchu solidarnościowego" - czyż nie? Co łączy te wszystkie powieści z Jarosławem? Tak zwany wspólny mianownik to naśladowanie postaci czy instytucji, przed którymi autorzy ostrzegają. Może dlatego warto czytać więcej niż statystyczne pół książki na rok? PS. Z ostatniej chwili: ponoć Jarosław studiuje tajną korespondencję Stalina z Berią...
poniedziałek, 06 września 2010
Rzetelność a rzetelność dziennikarska.
Czyli jak z plotki uczynić news dnia. Jeśli tego nie wiesz, Drogi Czytelniku, na dziennikarza się nie nadajesz. Nawet nie wysyłaj CV do tzw. mainstreamowych mediów. A już nigdy- przenigdy nie uderzaj personalnego po oczach przymiotnikami typu "rzetelny", "szczery", "uczciwy". A propos artykułu Rafała Ziemkiewicza w dzisiejszej Rzeczpospolitej przypomniał mi się stary dowcip rodem z księgowości - czyli co odpowie dobry księgowy na proste pytanie: - Ile to jest dwa razy dwa? - A ile ma być? Nie wiem jaka latarnia przyświecała panu Ziemkiewiczowi piszącemu o zwolnieniu z pracy Janiny Jankowskiej, ale światełko na świat rzucała marne i migotliwe. Nie pierwszy raz miernym, słabiutkim promyczkiem i Ziemkiewicz i inni dziennikarze oświetlają widok swojego bezkresnego horyzontu informacji. Do małego wycinka rzeczywistości doklejają własną wizję świata i, co najbardziej w tym wszystkim obłędne, zamieszczają ją w owych mainstreamowych mediach jako prawdę objawioną i sprawdzoną. Prawdę, która będąc faktoidem staje się faktem już przed pierwszą kawą. Dlaczego redaktor Ziemkiewicz nie zadał sobie trudu sprawdzenia u źródła swojej wizji świata? Dlaczego nie dopełnił jednego z podstawowych wymogów swojego rzemiosła, zwanego rzetelnością? Czy dziennikarz przebywając w pobliżu polityków upadł tak nisko intelektualnie aby przestać liczyć się z faktami i tworzyć własne iluzje rzeczywistości? Mogę zrozumieć polityków naginających rzeczywistość do własnych interesów. Mogę zrozumieć naukowców którzy w pogoni za sławą i grantami naciągają wyniki badań. Mogę zrozumieć dzieci w przedszkolu które walcząc o miejsce w grupie rozwijają w sobie zdolności fantazjowania. Mogę. Ale nie mogę zrozumieć dziennikarza, który podaje niesprawdzoną, nieprawdziwą informację. I co więcej - dorabiając do niej stosowną opinię. Na marginesie - domagając się rzetelności i szczerości od konkurencyjnej gazety ;) Na koniec. Gdyby Rafał Ziemkiewicz miał problem z dotarciem do bloga Janiny Jankowskiej doklejam stosowny link. I zaznaczam, że mój artykuł nie odnosi się do sedna problemu, czyli segregacji światopoglądowej pracowników. To temat dużo bardziej skomplikowany.
czwartek, 26 sierpnia 2010
"Słowo przepraszam do dziś nie padło".
”Z tragicznie zmarłego prezydenta szydzono i kpiono” – zagrzmiał Sławoj Leszek Głódź, arcybiskup metropolita gdański, przewodniczący Zespołu ds. Duszpasterskiej Troski o Radio Maryja, dawniej znany jako generał dywizji, biskup polowy Wojska Polskiego bawiący na drawskim obiadku AD 1994. ”Do dziś nie padło słowo przepraszam wobec tragicznie zmarłego prezydenta, z którego szydzono i kpiono, upokarzano i pogardzano. Czy dlatego, że kochał Polskę, chciał, by zajęła miejsce godne wśród narodów Europy, pozostała wierna swojej chrześcijańskiej tożsamości?” - arcybiskup w pełnej, chrześcijańskiej wersji. Słusznie uwagę zwraca nam arcybiskup metropolita iż nikt Lecha Kaczyńskiego nie przeprosił za kpiny i szyderstwa. Wy, nieprawdziwi Polacy, nie przeprosiliście tragicznie zmarłego, przepraszam – oczywiście że poległego na polu chwały, a nawet korzystając ze słów arcybiskupa ofiary ”kainowej zbrodni” – za wiele słów i czynów, które głowę państwa musiały zaboleć aż do głębi. Bo Lech Kaczyński był postacią głęboką i, co z głębi wynika, niezrozumianą, dlatego wyszydzaną. Wracając do przeprosin – nie przeprosiliśmy Lecha Kaczyńskiego za:
Naród nie przeprosił za podstawianie nogi Prezydentowi w Jego walce z rosyjską armią w górach kaukazu, za narzekania za odwołanie spotkania Trójkąta Weimarskiego w narodowym proteście w sprawie ”kartofla”, za wyśmiewanie wycieczki do Brukseli w celu pilnowania Donalda, za szyderstwa z kłótni o samolot, za efektowne i jak najbardziej uzasadnione parskanie śmiechem w obecności premiera i sekretarz stanu USA, za podważania pozycji Prezydenta ścigającego pilota rządowego samolotu za odpowiedzialną decyzję i pewnie wiele innych wydarzeń. Ze swojej strony za te wszystkie słowa i czyny Lecha Kaczyńskiego przepraszam. Jego biedne, wspaniałe uszy musiały wysłuchiwać takich głupich wypowiedzi a jego analityczny umysł wybitnego polityka międzynarodowej klasy był narażony na analizowanie tak idiotycznych zachowań gorszej części narodu! Mamy za co przepraszać ;)
piątek, 13 sierpnia 2010
Stopa w drzwiach.
– To?! Co to jest?! – No jak to co? Las. – Możesz mi powiedzieć, po chuj mi las? – Jak to „po chuj”? W scenopisie pisze, że las, jest napisane... – W scenopisie? Znajdź mi to w scenopisie. – Proszę: „Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las”. – Przewróć stronę. – O, kurwa... – Czytaj! – „... oczom ich ukazał się las... krzyży.
Czyli Marek Kondrat kontra Cezary Pazura w "Nic śmiesznego". Film obok niewątpliwie głębokiego i metafizycznego przesłania braku celowości ludzkiego żywota wtłoczonego w nędzną rzeczywistość także noszący znamiona komedii. A więc z założenia ma widza bawić - na przykład zaskakującą puentą. Tak jak w powyższej scence. Pojawia się jednak problem. Czy za jakiś czas ta scena będzie zaskakiwała? Zwolennicy krzyża wygrywają z III RP. Krok po kroku, zdrowaśka po zdrowaśce, krzyż po krzyżu dostają to, czego chcą. Krzykiem i bezczelnością nieliczenia się z przekonaniami innych obywateli tego dość dziwnego kraju osiągają kolejne cele. Tym razem tablicę. Kolejny krok jest zrobiony, stopa w drzwiach zaklinowana, bo przecież skoro może być tablica, to i... To i "Las krzyży". Radio Maryja ustami swojej słuchaczki już zaapelowało o stawianie krzyży. Krzyże rosną (rosły?) na krakowskich błoniach, kwitną na ścianach szkół i urzędów państwowych. Rozwijają się w najlepsze, praktycznie bez naturalnego i skutecznego drapieżnika, który liczbę krzyży redukowałby w sposób zgodny z ewolucją i Konstytucją. Drapieżnik, w którym upatruję państwo polskie, jest w tym przypadku pozbawiony zębów, pazurów, głosu, odwagi, poczucia terytorialności... Co tam, drapieżnik zdycha. Albo już zdechł. Stopa w drzwiach to bardzo dobrze opisana i szeroko stosowana strategia osiągania własnych celów. Urzędnikom zapewne nieznana, bo i po co wiedza, skoro ma się książeczkę partii przy władzy akurat będącej, co od razu delikwenta awansuje na fachowca w dziedzinie na którą jest zapotrzebowanie. Czy to zarząd banku, czy minister do spraw. Cóż, tak tu musi być. Za niewiedzę urzędnika i tak zapłaci społeczeństwo. Jak zwykle. Stopa w drzwiach nie dotyczy jedynie krzyżaków z Krakowskiego Przedmieścia. Dotyczy również Facebooka. Stowarzyszenie Facebook Users Union (FUU) domaga się od portalu kasy za... użytkowanie tegoż Facebooka :) Nawet nie za zamieszczane treści, ile za samo istnienie avatara. Zarabiają, niech się dzielą! Póki co założenie jest takie, by te 7,45 USD rocznie Facebook przelewał na konta organizacji charytatywnych. Jeśli się zgodzi, pozwoli sobie wcisnąć stopę w drzwi. I ciężko będzie ją wykopać bez psucia stosunków z avatarami, z których firma przecież żyje. Bo skoro może przelewać kasę organizacjom to może i użytkownikom... Skoro może 7,45 USD to może też 15. Itd. Co ma Facebook do krzyża? Oprócz "punktu kontaktowego" antykrzyżowców zarząd spółki ma podobny problem jak polska władza - ustąpić ryzykując eskalację żądań, czy grzecznie acz stanowczo odmówić ryzykując utratę części avatarów. Rozwiązanie problemu może stworzyć sytuację równie ciekawią jak przed Pałacem. I do tego nie u nas ;) A na marginesie - czy Agora SA nie powinna płacić za strzępienie klawiatur na ich serwerach zamiast onetu? ;)
czwartek, 12 sierpnia 2010
Z cyklu słowa na K: Klarnet.
Sąd Okręgowy w Gdańsku uchylił wyrok Sądu Rejonowego zakazujący studentce Akademii Muzycznej ćwiczenie na klarnecie w domu. Wyrok jest prawomocny, nie przysługuje od niego odwołanie. Zgaduję, że dźwięki klarnetu nie naruszają normy PN-97/B-02151/02 określającej dopuszczalny poziom dźwięku przenikający do pomieszczenia ze wszystkich źródeł. Dla pracy umysłowej to 35 dB. Zgaduję więc, że studentka nie naruszyła tego poziomu i w mieszkaniach sąsiadów poziom dźwięku wprawek klarnetowych był niższy. Ale. 35 dB to niedużo. Zwłaszcza w bloku, gdzie dźwięki rozmów w sposób podejrzanie swobodny między mieszkaniami i między piętrami przelatują. Rozmowa to ok 40-45 dB a wielka orkiestra symfoniczna przekracza 100 dB. Można więc założyć, że sam klarnet potężnego natężenia dźwięku nie generuje i w mieszkaniach po sąsiedzku adekwatna Polska Norma została spełniona. Co dla sądu oznacza koniec sprawy. Problem polega na czym innym. Czy mieszkanie w bloku jest odpowiednim miejscem dla realizowania własnych talentów? Czy od rana do nocy muszę wysłuchiwać klarnetowych, fortepianowych czy perkusyjnych wprawek nieprzekraczających w moim mieszkaniu 35 dB, ale jak najbardziej słyszalnych i po drugiej godzinie doprowadzających do szału? Czy jestem skazany na wysłuchiwanie wiadomości TV Trwam oglądanych przez moją sąsiadkę z pierwszego piętra, albo poznawanie do raz dwudziesty czwarty nowej płyty zachodzącej gwiazdy hip-hopu katowanej przez syna sąsiada dwie klatki dalej? O całonocnych imprezach w następnym bloku nie wspominając. Zgaduję, że oprócz samolotów uparcie przelatujących nad dachem, wszystkie powyżej wymienione dźwięki spełniają normę PN-97/B-02151/02. Skoro według polskiego prawa mieszkanie służy nie tylko do mieszkania, to chciałem podziękować mojemu sąsiadowi z parteru, pirotechnikowi, za to, że ćwiczy na poligonie. Chciałem podziękować pani doktor Krystynie z siódmego, bakteriologowi, że pracuje tylko w laboratorium. I przede wszystkim chciałem podziękować mojemu sąsiadowi z góry, koszykarzowi, że treningi przeprowadza na pobliskim boisku. Normalni sąsiedzi to skarb. A na marginesie, chciałem zapytać, czy szefowie sąsiednich kościołów, ksiądz Henryk, ksiądz Kaziemierz i ksiądz Mariusz zwany nieoficjalnie Tłukodzwonem nie naruszają o godzinie 6:30 rano wspomnianej wyżej polskiej normy przy użyciu kościelnego dzwona? |
Zakładki:
|